czwartek, 5 marca 2015

Szukaniowe Love

„Kto się schował?” autorstwa japońskiego ilustratora, Satoru Onishi, to książka dość nietypowa. Brak w niej fabuły, akcji, dialogów, opisów oraz narracji. Do snu jej dziecku nie poczytamy, wierszyka na pamięć też się nie nauczy. W dodatku obrazki na każdej stronie niemal takie same. Cóż zatem w niej wyjątkowego?


„Kto się schował?” to książka-zagadka. To zaproszenie do zabawy. To wariacje na temat popularnej gry „memory”. Na pierwszych dwóch stronach poznajemy osiemnastu zwierzęcych bohaterów rzeczonej łamigłówki. Stoją równo w trzech rządkach opatrzeni podpisami. Są wśród nich pies, tygrys, hipopotam, zebra, niedźwiedź, renifer, kangur, lew, zając, żyrafa, małpa, byk, nosorożec, świnia, baran, kogut, słoń i kot. Ubarwienie renifera, świnki czy zebry może wydać się nieco dyskusyjne, ale w końcu od czego wyobraźnia? Kiedy przewracamy kartkę, tło staje się żółte i wtapia się w nie renifer (tak, żółty). Kto się schował? – pyta autor. Następne strony przynoszą kolejne zagadki. Ktoś jest zły, ktoś zasnął, ktoś się odwrócił czy też jednocześnie ukryło się kilka zwierzątek. Na końcu na czarnym tle widać tylko ich oczy...



„Kto się schował?” to przede wszystkim dużo frajdy dla czytelników niezależnie od ich wieku (książka była przeze mnie testowana na niespełna dwulatku, pięcio- i ośmiolatce). Młodsze dzieci będą z niej korzystać jednak o wiele dłużej. Najpierw mogą się bawić w odszukiwanie i nazywanie poszczególnych zwierzątek, a później dopiero rozwiązywać zagadki zadane przez autora. Przy okazji maluchy poćwiczą koncentrację, pamięć i spostrzegawczość. Kiedy i w tej dziedzinie zostaną ekspertami, to pole do popisu będą mieli rodzice, wymyślając kolejne pytania. Kto jest niebieski? Kto ma paski?
Po jakimś czasie dzieci zapamiętają rozwiązania wszystkich zagadek, a wtedy dobrze jest tę książkę, nomen omen, schować na parę tygodni. Po takiej przerwie witana bywa zazwyczaj z entuzjazmem. : )



Autor: Satoru Onishi
Tytuł: Kto się schował?
Rok wydania: 2013
Wydawnictwo: Alfabet
Ilość stron: 32

niedziela, 21 grudnia 2014

Prezentowe Love


Kiedy w połowie grudnia kapryśna aura zmienia się co jakiś czas z późnojesiennej na wczesnowiosenną, to znak, że w poszukiwaniu świąteczno-zimowej atmosfery pozostaje udać się do książek. W tym celu warto sięgnąć po najnowszą publikację wydawnictwa Zakamarki. „Wigilia Mamy Mu i Pana Wrony”, do której tekst napisała Jujja Wieslander, a ilustracje wykonał Sven Nordqvist, miała premierę 26 listopada 2014 roku.
Mama Mu i Pan Wrona – para sympatycznych bohaterów – zdążyła już podbić serca starszych i młodszych przedszkolaków, gdyż ich przygody w polskim przekładzie ukazują się regularnie od siedmiu lat.  Mama Mu to dość niezwykła krowa, której nie wystarcza, aby „spokojnie stać, żuć i gapić się przed siebie”*. Nie znosi nudy, więc zazwyczaj ma mnóstwo ciekawych i trochę zwariowanych pomysłów. Wyjątkowo pogodna, odważna, empatyczna, a przede wszystkim zawsze gotowa spełniać swoje marzenia Mama Mu stanowi przeciwwagę dla nieco sceptycznie usposobionego Pana Wrony, który z reguły kwestionuje jej poczynania. Z początku nie chce brać w nich udziału (często powtarza, że dostanie „pióropleksji”), by w końcu dać się wciągnąć – jak sam przyznaje – „w całe mnóstwo szaleństw”.


„Wigilia Mamy Mu i Pana Wrony” wyróżnia się spośród innych książek o tej parze przyjaciół. Przede wszystkim wyakcentowana (i to już w tytule) zostaje postać Pana Wrony, wokół rozterek której zbudowana zostaje świąteczna historia. Otóż w zimowy wieczór, kiedy w całym gospodarstwie bieli się świeżutki śnieg, dzieci robią lampion ze śniegu, a gospodarz niesie choinkę z lasu, Mama Mu „cała w podskokach” przygotowuje się do Świąt Bożego Narodzenia. Wraz ze swoimi koleżankami cieszy się z ozdób, którymi żona gospodarza przystroiła oborę, i w tajemnicy szykuje dla niego prezent-niespodziankę. (Zdradzę, że ma to być bita śmietana, co wyjaśnia epizod ze skakaniem). W tym samym czasie Pan Wrona, w nieco ponurym gnieździe i takimż nastroju narzeka na ciemność, chłód i samotność, bo przecież – o czym jest przekonany – „nikt się nie przejmuje wronami”. Postanawia wybrać się do obory, w której – jak zwykle – jest ciepło i jasno. Tam, za sprawą Mamy Mu, uświadamia sobie, że nazajutrz jest Wigilia. Natychmiast wpada w szał przygotowywania prezentów… dla siebie.  (W przeciwnym razie, jak uważa, nic nigdy by nie dostał). Prawdziwy dramat następuje, kiedy w przedwigilijną noc niecierpliwy Pan Wrona wszystkie zapakowane, zalakowane, zaklejone wcześniej dla siebie prezenty otwiera. Czy to oznacza, że jest już po Świętach? „Finito”? Jak zatem spędzi Wigilię para głównych bohaterów? Może ktoś inny obdaruje Pana Wronę? Bitą śmietaną? A może jajecznicą? Do czego przyda się rower i jaką rolę odegrają kury?
„Wigilia Mamy Mu i Pana Wrony” to ciepła i nastrojowa książka o wartości przyjaźni, sile niespodzianek, prezentów podarowanych od serca, które wcale nie muszą być drogimi upominkami. Książka o tym, że można się pięknie różnić. Książka, która za sprawą cudownych ilustracji pozwala poczuć świąteczną magię nawet wówczas, gdy za oknem wciąż jesienna zawierucha.




* Wszystkie cytaty pochodzą z książek o Mamie Mu

Tytuł: Wigilia Mamy Mu i Pana Wrony
Tekst: Jujja Wieslander
Ilustracje: Sven Nordqvist
Tłumaczenie: Michał Wronek-Piotrowski
Wydawnictwo: Zakamarki
Data wydania: 2014
Ilość stron: 28

piątek, 12 grudnia 2014

Dialogi na cztery nogi cz. 5


Z życia "żłobkowicza"... 

1.
Krótko przed Halloween: 
- Jaki będziecie mieć bal?

- Babojagowy!

2. 
Po południu poszliśmy na spacer z latarką. Dotarliśmy na plac zabaw. Młodziak przystanął, rozejrzał się i z niekłamaną radością w głosie wykrzyknął: o! nie ma dzieci! hurra!

3. 
W żłobku trwa jesienne święto warzyw i owoców. Młodziak, po powrocie do domu, oświadcza: "będę jadł dużo witamin"! I bez zbędnej zwłoki przystępuje do chrupania kalarepy.

4. 
- Które pluszaki zabierzesz do żłobka? Bo jutro będzie Święto Misia, wiesz?
- A dzisiaj nie ma Świętego Misia! 

5. 
"My mieszkamy na Ziemi. To jest planeta" - poinformował mnie ostatnio Młodziak. 

piątek, 31 października 2014

Rowerowe Love


 „Mela na rowerze”­ ­­­ – autorstwa szwedzkiej pisarki i ilustratorki książek dla dzieci Evy Eriksson – to jedna z propozycji poznańskiego wydawnictwa Zakamarki dla przedszkolaków, chociaż niewątpliwą frajdę z lektury mogą mieć również nieco młodsze dzieci. 



Główną bohaterkę, kilkuletnią świnkę Melę, która „jest już duża i mądra”*, poznajemy w trakcie doskonalenia umiejętności jazdy na rowerze. Mela, dla bezpieczeństwa, rzecz jasna, zaopatrzona w kask (który do złudzenia przypomina połówkę dyni), dumnie wyrusza z babcią na codzienną przejażdżkę. Ale, jak to zwykle bywa w sytuacjach nabywania każdej nowej umiejętności, początki wcale nie są łatwe. Małej rowerzystce przydarza się upadek, a za nim kolejny i kolejny, co wzbudza śmiech jej niezbyt sympatycznych kolegów. Niezrażona niepowodzeniem sympatyczna świnka uparcie ćwiczy dalej, bardzo się starając, aby znowu się nie przewrócić. Babcia Meli, która co prawda świnką nie jest, ale roztrząsanie zoologicznego pokrewieństwa między postaciami pozostawmy na marginesie, ostrzega swoją wnuczkę przed stojącym na drodze słupem. Mela strasznie nie chce w niego wjechać, więc bardzo uważa i „na wszelki wypadek nie spuszcza go z oczu”. Niestety, tym razem się nie wszystko poszło po jej myśli, bo „wjechała prosto w słup”. Na szczęście małej rowerzystce nic poważnego się nie stało („uderzyła się tylko w plaster”) i może wraz z babcią ruszać dalej. Drogą, którą jedzie Mela, właśnie spaceruje instruktor szkoły jazdy. Mela nie chciałaby spowodować kolejnej kolizji... Łups... Ku rozpaczy babci świnka zderzyła się z instruktorem. Czyżby jednak nie uważała? Jak potoczy się dalsza wyprawa? Czy Mela udoskonali swoją technikę jazdy? Jakie rady otrzyma od instruktora? I czy przypadkiem nie okaże się, że nawet dorosłym czasem zdarzy się wjechać prosto w słup?



Ciepłe, pastelowe, słoneczne ilustracje Evy Eriksson cieszą oko, wypełniając niemal całe stronice książki. Przygoda małej Meli podana w prostych zdaniach, tekst nieprzeładowany szczegółami. Urocza bohaterka pokazuje małym czytelnikom, że potrzeba odrobiny wytrwałości, aby osiągnąć wymarzony cel. Czasem trzeba posłuchać rad specjalisty i trochę potrenować, wszak ćwiczenie czyni mistrza. Czasem warto dowiedzieć się, jaka może być przyczyna niepowodzeń, żeby ją wyeliminować. Historia Meli doskonale unaocznia, że czasem, nawet jak naprawdę bardzo, bardzo, bardzo uważamy, to skutek może być całkiem odwrotny do zamierzonego. Wartościowe jest również pokazanie, że dorosłym czasami się cos nie udaje. To ważna informacja dla dzieci, które przecież każdego dnia doświadczają mniejszych i większych niepowodzeń na swojej drodze do samodzielności. Dlaczego babcia wjechała prosto w słup?



*wszystkie cytaty pochodzą z omawianej książki


Tytuł: Mela na rowerze
Autor: Eva Eriksson
Tłumaczenie: Agnieszka Stróżyk
Data wydania: 2009
Ilość stron: 28
Wydawnictwo: Zakamarki